Bajki dla ubezpieczycieli

Bajki dla ubezpieczycieli

Oszczędności wymagają „ofiar”. Zamiast własnych kierowców menedżerowie aut służbowych niekiedy wolą „zapolować” na towarzystwa ubezpieczeniowe. Stosują różnego rodzaju sztuczki, by za naprawy nie płaciło macierzyste przedsiębiorstwo, tylko zewnętrzny partner. Jeden z menedżerów...

Zgłaszanie szkód komunikacyjnych to jedno z pierwszych wymagań stawianych w ofertach pracy dla osób odpowiedzialnych za flotę samochodową. Nic dziwnego, sprawny menedżer aut służbowych może wiele zrobić dla dobra przedsiębiorstwa. Wielokrotnie sądziłem, że moja wiedza w tym względzie jest już niemal pełna. Jednak co rusz jestem zaskakiwany nowościami z cyklu jak można uszkodzić pojazd. Wiem już więc w jaki sposób można połamać zderzak w pięciu miejscach albo kilka dni jeździć bez niego turlając za autem czujniki cofania, a raczej to, co po nich zostało.

Wandalizm nieopłacalny

Życie i ludzie nauczyli mnie, jak zgłaszać szkody, aby nie było wątpliwości, że uszkodzenie powstało z losowego przypadku, a nie z winy użytkownika. Dla każdej firmy leasingowej, „ulubionym” okresem szkodowym jest czas do trzech miesięcy przed końcem kontraktu. Wtedy, nie wiedzieć czemu, nagle samochody ulegają trudnej do zliczenia ilości szkód parkingowych z nieznanym sprawcą. Serwisy najczęściej lakierują pół auta i to tak, aby dwa zderzaki były malowane, wszak noszą one najwięcej śladów służbowej eksploatacji. W swoim działaniu trzeba jednak pamiętać, aby nie zgłaszać aktów wandalizmu, bo wtedy trzeba iść na policję, a to już generuje dużo roboty i stratę permanentnie brakującego czasu.

Jednym z elementów pracy opiekuna aut służbowych jest wysłuchiwanie zgłoszeń szkód parkingowych, które brzmią zwykle podobnie: wróciłem z torbami i zauważyłem, że na pojeździe są ślady. Nie wiem zupełnie skąd się wzięły, ale… No i właśnie, wielokropek jest tu nie bez powodu ponieważ tylko ludzka wyobraźnia determinuje treść opowieści, aby były jak najbardziej wiarygodne.

Miejsca na stłuczkę

Moje zadanie polega na ich odpowiednim przerobieniu by ubezpieczyciel uwierzył w naszą (moją i kierowcy) wersję zdarzeń. Uważam siebie za osobę dość zorientowaną flotowo a zarazem lubiącą swoją pracę. Dlatego zwracam uwagę na pojazdy pod względem “możliwości spowodowania szkody”. Obserwuję wysokość zderzaka, wystające elementy, wszystko co mogło spowodować uszkodzenia na samochodach, którymi się zajmuję.

Dlatego śmieciarki, paleciaki, auta z windami z tyłu, terenówki, dostawczaki, „szambiarki”, pojazdy do oczyszczania miast często występują w zgłoszeniach szkód. Warto też lokować auta poszkodowane na skrajach parkingów albo miejscach takich, gdzie jest dużo ruchu albo wąsko. Konstrukcja przymarketowych miejsc do zatrzymania aut czy znakomity stan nawierzchni polskich dróg idą mi również w sukurs. Stłuczki „same” się tam powodują. Bardziej wymagające uszkodzenia są moimi ulubionymi, bo w końcu trzeba coś pokombinować i podumać co autor miał na myśli. Oto kilka ciekawszych historii związanych z okolicznościami powstawania szkód: tych zupełnie prawdziwych i tych „prawie prawdziwych”, będących oficjalną wersją dla ubezpieczyciela.

Na golfa przez krzaki

* Samochód zarządu ewidentnie spieszył się gdzieś w lesie. Gdzieś to znaczy na golfa – to sympatyczna rozrywka, ale jadąc na partyjkę krzaki podrapały zderzak, błotnik i lusterko. W sumie można to zrozumieć, krzaki już tak mają, że same drapią lakier a oczywiście użytkownik nic nie widział, nic nie słyszał.

Rozwiązanie: myśl może niezbyt wyszukana, ale realna. Członek zarządu pojechał na mecz pod Stadion Narodowy i pozostawił samochód na parkingu. Z naszymi piłkarzami wiadomo jak bywa – zwykle przegrywają lub „pięknie” remisują. A wtedy cała masa rozgoryczonych kiboli po niekorzystnym rezultacie nie zważa na stojące pojazdy i powstają rozmaite uszkodzenia. Ubezpieczalnie pewne zgłoszenia z AC mają głęboko w nosie, a ta historia jest jak najbardziej wiarygodna, więc przeszło…

Stadion Narodowy to zresztą dość wdzięczne miejsce – zgłaszałem szkody na samochodzie, który miał każdy bok “dziabnięty” w czasie, gdy dopiero nasz wspaniały piłkarski obiekt powstawał. Pracowało tam mnóstwo maszyn budowlanych i nikt nie zawracał sobie głowy, czy ktoś obtarł jakiś samochód. W tego typu przypadkach ważną rolę odgrywa znajomość lokalizacji bramy wjazdowej, łuków, miejsc, w których pojazd jest narażony na szkodę. Futbolowa arena już powstała, ale kraj się rozwija, powstają drogi, biurowce czy inne budowle, wyobraźnia kierowców i menedżerów pozostanie zatem tutaj otwarta.

Latające deski

* Jeden z dyrektorów mieszkał na osiedlu, na którym grasowała zgraja nastolatków skora do różnych ekstremalnych zachowań. Ktoś więc zrobił spacer po dachu, bo chodnik był za wąski, zakochany w sobie narcyz nie miał w domu lusterka i chciał takie z kierunkowskazem mieć w toalecie, do tego powstała rysa na boku pojazdu, by stępić jakieś ostre narzędzie.

Z punktu widzenia warsztatowego: troszkę „klepania”, wymiana jednej pękniętej szyby oraz lusterka. Dyrektor to człowiek zapracowany, nie chciał czekać na policję, bo miał ważne spotkanie. Jako sprawny opiekun floty i przyjaciel firmowych kierowców powiedziałem, aby dojechał do firmy, wymienię mu samochód, zaś o resztę zadbam sam.

Od mojej operatywności zależało jak się zakończy historia pod względem ubezpieczeniowym. Było wtedy mocno wietrzne lato. Znałem jedną fajną “Accident Location” idealną na ten przypadek. Budynek był w trakcie remontu i widok z zewnątrz świadczył, że pod blokiem na rusztowaniach i pewnie na dachu walają się jakieś deski i inne śmieci. Połączyłem więc niesprzyjającą aurę z latającymi elementami budowlanymi. Naprawa jak i zgłoszenie – bez problemów.

Bohaterski dyrektor * Nie chcę się wyżywać na ludziach piastujących wyższe stanowiska, ale… Dynamiczny dyrektor objawił swoje usposobienie nawet na stacji paliw. Pewnie to wina dynamicznego pojazdu, gdyż nawet na tego rodzaju obiekcie uszkodził drzwi i zderzak o belkę osłaniająca dystrybutor. Przegrana historia? Nie do końca, można bowiem również pomyśleć o alternatywnej wersji i zrobić z naszego kierowcy bohatera. W końcu jest wysoko w drabince firmy, więc czemu nie. Uszkodził tylko drzwi i błotnik, gdy wracając z konferencji wyskoczył mu przed maskę jakiś zwierzak. A przecież mógł spanikować i roztrzaskać futrzaka uszkadzając chłodnicę, dzięki czemu dalsza jazda stałaby się niemożliwa. Jednak nasz dzielny pracownik przeprowadził dynamiczny manewr wymijania zwierzęcia i dzięki ABS-owi tylko lekko zawadził boczkiem o przydrożny słupek. Teoretycznie ubezpieczyciel mógłby poprosić o monitoring ze stacji benzynowej. Tylko że zapewne nie przyszła mu do głowy aż tak alternatywna wersja zdarzeń.

Efektowna majówka

* Opowieści o dyrektorach nie koniec. Wyprawa na majówkę w góry całą rodzinką, wszak pojazd może być używany do celów prywatnych. Efekt eskapady? Uszkodzony zderzak, osłona pod autem, błotnik, próg, na oponie jeszcze bąbel. Auto jednak cały czas poruszało się w ruchu ulicznym. Tym razem pofantazjowałem z moją wersją, ale jak zwykle wiarygodnie. Nasz firmowy pojazd po prostu najechał na oderwany przez TIR płat asfaltu, który się podwinął w nadkolu i uszkodził próg. Jakieś wątpliwości?

Nieformalne kontakty

* W jednym z aut padła przekładnia kierownicza. Regeneracja nie wchodziła w grę, bo akurat w tym modelu się tego nie robi. Koszt nowej to z kolei ponad 5000 zł. Trochę dużo, a o budżet firmowy trzeba dbać. Zatelefonowałem więc do pracownika zaufanego warsztatu, by porozmawiać, czy to co myślę przejdzie u ubezpieczyciela i czy mają potrzebne do tego dobrze uszkodzone felgi… Kontakty nieformalne to podstawa, w ten sposób powstało całkiem realne story. Jakie? Auto wpadło w dużą dziurę i uszkodziło felgi oraz całą przekładnię, które pokryło autocasco.

Po latach pracy i zgłoszeniach szkód poznałem sztuczki serwisów, o których lepiej nie pisać. Dlatego nie mam większych problemów z uzyskaniem odszkodowania. W zasadzie spotkałem się z jedną odmową, ale nieco w tym… pomogłem. Pani notorycznie niszczyła samochód i dopiero jak sama musiała pokryć koszty naprawy nastąpiła poprawa. Niekiedy bowiem pomoc opiekuna floty obraca się przeciwko niemu i trzeba podjąć radykalne kroki. Choć z drugiej strony wychodzę z założenia, że jeśli wykupujemy AC, sporo płacimy, to warto z niego korzystać.

Fot. Fotolia

Przedstawcie swoje sposoby!

Jesteśmy ciekawi, jakie inne „manewry” stosują nasi Czytelnicy? Zachęcamy, by podzielić się tymi mniej oficjalnymi sposobami mogącymi zmniejszyć wydatki na flotę lub ocalić kieszenie niektórych kierowców. A może głos w tej sprawie zabiorą także ubezpieczyciele? Wszak to ich najbardziej boli po kieszeni. Czy na przykład wywindują tak mocno stawki AC, że podobne praktyki staną się nieopłacalne dla sprytnych flotowców? Zachęcamy do dyskusji: info@fab.com.pl, 61 892 63 79.

Poleć ten artykuł:

Polecamy